[fraziu.blog.pl]



dev up zsrcku gość? mail gg 2921259

Agata Amelia Alinell Araia Arkenia Dimlondiel Elaine Hania Ilfirin Ireth Melfka Moja Nova Ogoniasta i Kina Onka Sekutnica Sirmione Sol Sybilla Yoannah Zhar TerraFantastica




Bach!

Milena pisze:

   Maja, ja umieram!!! Mam nogę w gipsie... Pierwszy dzień w takiej stajni, co miałam dorywczo dorabiać (ucząc dzieci jazdy konnej), wsiadłam na 3-letniego ogierka, który przyjął juz siodło. Wsiadam, a on bach bach bach, no i już leżę na ziemi i kwiczę, myślę sobie: zginę... ale nie! I znowu wsiadam, dobrze nie usiadłam, a on znowu bach bach bach, znowu leżę i kwiczę... mysle sobie znowu: zginę... ale nie! Wsiadam znowu, chyba nie muszę juz pisać, że on znowu bach! Wiesz... lecę, spadam, a moja noga robi trach! Ściągam buta w wielkich mękach! Patrzę, a to nie moja noga!  Wielka, obrzydliwa i taka bulwa mi odstawała... taka ble! Więc zaczynam oddychac jak do porodu, żeby nie zemdleć...

   Potem szybko jadę, to znacz wiozą mła do szpitala, wlatuje tam z moją bulwą, która kiedyś była nogą, i mówie do tych pań co noszą białe fartuszki, że jestem MILENA i że noga... że ona chyba złamana... a wiesz, co te krowy do mnie?! Że mam iść do recepcji! Na szczęście nie musiałam iść, bo mi koleżanka wózek inwalidzki skołowała (to akurat miło wspominam, bo jeździłam po szpitalu w tą i  z powrotem, i robiłam zakręty i było fajowo, jak tak sobie jeździłam, to nie myślałam o bulwie). No więc, idę do recepcji, tam coś burkają pod nosem, a nawet nikt na bulwę nie spojrzał! No i tam mówią, że mogę już iść do chirurga. Popylam sobie wózeczkiem (mówie ci, jak fajnie), on w końcu ogląda nogę i wysyła mła do prześwietlenia, znowu popylam wózkiem (radocha), zajeżdżam na miejsce, patrzę, a tam kolejka jak za komuny po parówki. Mówię więc tym ludziom, że chyba mam nogę złamaną i czy mogę bez kolejki, bo mnie boli... a oni nic! Więc schylam się i podnoszę spodnie, tak żeby odsłonić bulwę... a oni wszyscy HYYYYYY!... hahaha, a jakie mieli miny... i wszyscy razem chórem, że pewnie, że mam wejść, bo im się wcale nie spieszy i w ogóle...

No, to wjeżdzam moim wózeczkiem, siadam na stole do zdjęć, a pani obsługująca mówi do mnie, że mam się nie łudzic i ze na pewno mam złamaną (głupia szmata mnie wystraszyła!). Zrobiła mi te sweet focie i mówi, że mam isc do chirurga. To popylam moją furą... On do mnie, że bla bla bla, że kość sobie pękła i bla bla bla (nie pamietam dokładnie, bo trudnych słów używał) i że się tam coś rozlało. Potem inna babeczka w fartuchu założyła mi gips i mogłam sobie iść. Ale to nie koniec mojej historii...

Myślę sobie, wózek... że on fajny i był ze mna w tych trudnych chwilach... i pytam, czy mogę nim na parking jechać (wiesz, to jak Hidalgo na pustyni). Więc wyjeżdzam, koleżanka mnie asekuruje z tyłu, bo ze szpitala jest górka, a potem ulica...
ja jade ale ana cos tam piszczy z tyłu... Pytam ją, czy nie daje rady utrzymać wózeczka (bo czuję, że nabieram prędkości)... a tam ulica!
To było straszne, ale udało się wyhamować na krawężniku...

A potem to już wiesz, do auta i do domku...
Mam swoje KULE INWALIDZKIE, ale zanim do samochodu wsiadłam to myslałam żeby wózek zajebać... ale ta koleżanka, co mnie wiozła pewnie by sie nie zgodziła... Więc musiałam sie z nim pozegnać (w myślach oczywiscie), bo sie wstydziłam przy tej kolezance...



I tak skończył się romans Mileny i pana Wózeczka :D


fraziu 2011-04-13 21:28:49
skomentuj (2)


B.

Proszę bardzo:

PitaPata Horse tickers

:)


fraziu 2010-11-21 18:39:25
skomentuj (0)


Creepy story

   Pewnych tematów nie należy poruszać o północy.

   No, ale było bliżej czwartej nad ranem, więc było bezpiecznie. W pokoju Mileny, niczym papierosowy dym, snuły się opowieści o świecie nadprzyrodzonym i o mrocznej stronie ludzkiej natury.

   - Heniu, a słyszałeś historię o opętanym chłopcu? – zapytałam. – Milena, opowiedz!

 

   * * *

   - W sumie to już nie jestem pewna, czy to było opętanie… Wiecie, teraz tak gadam, a wtedy to się bałam iść w nocy do łazienki i budziłam Kubę, żeby szedł ze mną. Co innego obejrzeć horror, a co innego, kiedy wszystko dzieje się tak blisko.

   Pewnego dnia wypuszczałam konia na padok, kiedy przyszedł jakiś facet ze swoim synem, na oko tak dwunasto-, trzynastoletnim. Zapytał, czy jego syn, Eryk, mógłby uczyć się u mnie jeździć. No to się zgodziłam i nawet dobrze mu szło, dopóki nie spadł… ale o tym później.

   Jakiś czas później siedzimy sobie z Damianem przy piwku, gdy nagle przylatuje roztrzęsiony Heniek – wiecie, on taki panikarz trochę i wszystkiego się boi – i mówi: „Słyszeliście o Eryku?!”

   - Ale co?

   - On jest nawiedzony!

   Podobno tego dnia – a musicie wiedzieć, że to był środek zimy stulecia, zaspy śniegu i trzaskający mróz, a u nas na wsi to o odśnieżanie dróg nikt nie dba – Eryk wyszedł z domu tuż przed zmrokiem. Minęło może z dwadzieścia minut, kiedy rodzice zorientowali się, że go nie ma. Sąsiedzi również go nie widzieli. Zaczęły się poszukiwania; pełno ludzi chodziło po okolicy z latarkami i krzyczało „Eryyyk! Gdzie jesteś?!”, normalnie jak w jakimś filmie. Nawet tata Kuby poszedł. Przeszukali park, stawek, podwórka… i nic. Chłopaka nigdzie nie było.

   Nagle jeden koleś zauważył, jak Eryk zostaje wypchnięty z jakiegoś auta. Dziwne, że to widział, bo z reguły chodzi pijany w trupa, no cud jakiś. W każdym bądź razie, wszyscy dopadli do uciekiniera, żeby się dowiedzieć, co się stało. Ale ojciec zabrał go szybko go domu, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

   No, a później poszła taka… no bo ja wiem, plotka? Znam tych ludzi osobiście i wiem, że tak było. Często wpadam do nich na kawę, mama Eryka to bardzo sympatyczna kobieta, choć może trochę za cicha. Ojca często nie ma, bo jeździ w trasy ciężarówką.

Kiedy już Eryk był bezpieczny w domu, zapytali go, dlaczego wyszedł w taką pogodę i to jeszcze niemal w nocy.

   - Musiałem iść, bo mnie nie kochacie – odpowiedział chłopiec.

   - Jak to?!

   - Tak usłyszałem… w głowie.

   Rodzice byli oszołomieni.

   - Gdzie byłeś?

   Chłopiec wymienił kilka okolicznych wsi, przez które szedł. Raczej to niemożliwe, żeby taką trasę zrobił w godzinę i to w takim śniegu, ale taka była jego wersja. Ponoć ten samochód podwiózł go parę kilometrów. Kto wie? Wtedy myślałam, że to jakieś działanie sił nadprzyrodzonych, ale teraz już nie wiem. Eryk zaczął się dziwnie zachowywać, czasami zamykał się w sobie albo miał napady złości. Gdy rodzice kolejny raz usłyszeli o głosach w jego głowie, postanowili zawiadomić księdza. Ten, zapoznawszy się ze sprawą, sprowadził z Poznania egzorcystę.

   Mam takiego znajomego, co się interesuje egzorcyzmami i tego typu sprawami. Po wysłuchaniu tej historii stwierdził, że to nie było prawdziwe wypędzanie demona – tylko tak zwana modlitwa wstawiennicza. Wiecie, taka jakby atrapa egzorcyzmów. Większość ludzi, którzy zgłaszają przypadki opętania, myli to z jakimiś chorobami psychicznymi, narkotykami i tak dalej. Sporo jest też takich, co po prostu udają albo WIERZĄ, że są pod wpływem diabła. I taka modlitwa im pomaga. Wiadomo – pozostaje ten tajemniczy jeden procent przypadków, gdy egzorcyzmy są konieczne…

   Kiedy ksiądz zmawiał modlitwę, Eryk rzucał się, krzyczał, podobno nawet piana z ust mu leciała. Duchowny uznał, że chłopiec został oczyszczony, a wypędzony demon to Barabasz. Wiecie, jak się bałam? No, bo skoro diabeł może zaatakować w takiej pobożnej rodzinie, to co dopiero taką grzesznicę Milenkę? A jeżeli teraz jest na wolności i szuka nowego człowieka?

   No co się śmiejecie? Tak wtedy myślałam. Z jednej strony cała ta historia z opętaniem, a z drugiej – całkiem normalny chłopak, który przychodził do mnie na jazdy. Był też u psychologa, u lekarza, nie miał żadnych zmian w mózgu ani choroby psychicznej. Teraz mam wrażenie, że temu chłopcu bardziej niż egzorcysta potrzebna by była super niania. Po prostu chłopak znalazł sposób, żeby sobie podporządkować i zastraszyć całą rodzinę. Nie wiem, skąd wpadł na pomysł opętania, może sami rodzice mu przypadkiem podpowiedzieli. Chłopak po prostu właził matce na głowę, a ta nie umiała nic z tym zrobić.

   Jakiś przykład? No, pewnie. Raz przyszłam do nich na kawę – jak już wspominałam, jestem tam dość częstym gościem. Siedziałam sobie z jego mamą, gdy przyszedł Eryk i włączył telewizor. Nagle wziął i podkręcił głos niemal do maksimum.

   - Ścisz to – poprosiła matka.

   - Nie, skoro wy głośno rozmawiacie, to ja mogę mieć głośno telewizor – stwierdził.

   Wzięłam pilota i sama ściszyłam. Jakiś czas to trwało, on robił głośniej, ja ciszej i tak na zmianę. Eryk wkurzał się coraz bardziej, że coś idzie nie po jego myśli, aż cały zrobił się czerwony na twarzy. W końcu zasłonił czymś to ustrojstwo, co odbiera sygnał z pilota. Wstałam, podeszłam do telewizora i zdjęłam to, a ten się na mnie rzucił z łapami! No to chwytam go za koszulkę – przecież nie będę pozwalała na takie rzeczy gówniarzowi – a on się dalej miota i próbuje kopać. W końcu uspokoił się dopiero, gdy przygniotłam go do ziemi. Przestał się wiercić, więc puściłam go. Ten zerwał się i wybiegł, po drodze odpychając matkę i uderzając młodszą siostrę.

   Siedziałam dalej z jego mamą, a ona zwierzała mi się, że chłopiec się dziwnie zachowuje i nie może sobie z nim poradzić. Po chwili usłyszałyśmy jakieś zamieszanie w kuchni, jakby ktoś przekładał sztućce.

   - O Boże, on wziął coś z kuchni – szepnęła matka Eryka.

   - Po prostu przestań zwracać na niego uwagę. Musi wiedzieć, że takie zachowanie nic mu nie daje.

   - Ale on coś wziął… Jezu, on na pewno wziął nóż.

   - Jaki nóż…? Uspokój się.

   - Lepiej chodźmy sprawdzić.

   Poszłyśmy. Otwieram drzwi, a tam na podłodze siedzi Eryk z wielkim nożem, takim do krojenia chleba. W pierwszej chwili chciałam wejść i zabrać mu ten nóż, ale… no cóż, a jeśli mnie dźgnie albo potnie? Po dobroci nie chciał oddać, zaczął krzyczeć, że mamy wyjść.

   Co było dalej? No cóż, trzeba było zawiadomić policję i pogotowie, podali mu jakieś środki uspokajające i zabrali na obserwacje. Musieli go zabrać do psychiatryka… matka nie chciała go oddawać, ale cóż miała zrobić? Wiedziała, że to dla jego dobra. I tak to się skończyło, chłopak dostaje leki i siedzi na oddziale zamkniętym.

 

* * *

 

   - Teraz zepsułaś historię o duchach. Skoro jest psycholem, to już jest mniej straszny.

   - Mniej straszny?! Wyobrażasz sobie, co ja tu przeżywałam!? Nawet bałam się spojrzeć w lustro, bo miałam wrażenie, że COŚ będzie za mną stało.

   - No no, typowy trik z horroru.

   - I pod prysznicem to samo! Cały czas tylko czekałam, aż coś mnie zaatakuje. O oglądaniu horrorów to już nie wspominam. W sumie… nie oglądałam horroru od czasu historii z Łukaszem. Po prostu nie mogłam.

   - Jakiej historii?

   - Nie opowiadałam wam? No więc…

 

   * * *

 

   To było parę lat temu, kiedy w wakacje mieszkałam u Łukasza nad morzem. Pomagaliśmy trochę jego rodzicom w prowadzeniu pensjonatu, ale głównie się nudziliśmy i co wieczór oglądaliśmy jakieś kretyńskie filmy. Trzeba przyznać, że głównie horrory, bo w internacie nauczyłyście mnie oglądać takie głupoty!

   Tego wieczoru jak zwykle zaczęliśmy seans już po ciemku. Nagle – dokładnie o północy! – wyłączył się prąd. Schiza, nie powiem, film już zaczął na mnie działać. Ale jeszcze nie bałam się naprawdę, to było nawet fajne.

   SZzzzzzzuuuuuu!

   Coś przeleciało za fotelami, które się poruszyły. Aż się skuliłam na łóżku i przytuliłam się do Łukasza.

   - Co to było!? – zapytał.

   - Nie wiem… może pies? Bzik przybiegł z dworu?

   - No co ty, pies by poruszał fotelami?

   - O kurwa, znowu! Co to jest?!

   Nagle zaczęła poruszać się lampa, stojąca po drugiej stronie pokoju. Przesuwała się takimi szarpnięciami – widziałam cień klosza na tle jaśniejszego okna.

   Chciałam uciekać – ale jak?! Miałam w głowie tysiąc myśli na sekundę. Jeśli postawię stopę na ziemi, to coś mnie zaatakuje… Wyjęłam z kieszeni zapalniczkę i starałam się oświetlić podłogę. Chociaż ogień zaczął mnie parzyć w kciuk, nie zgasiłam go. Następnego dnia miałam na palcu wielki bąbel.

   Po jakimś czasie tajemnicze ruchy ustały. Łukasz wcale nie był odważniejszy ode mnie, siedział z nogami na łóżku i szybko oddychał. W końcu zebraliśmy się na odwagę, żeby przejść do korytarz i sprawdzić, co z korkami. Przytulonym do siebie, na trzęsących się nogach, udało nam się wyjść z pokoju. Łukasz pogrzebał przy korkach i znów zapaliło się światło.

   - Ja już tam nie wejdę – powiedziałam.

   - Musimy. Musimy sprawdzić, co to było.

No to sprawdzałam, chyba z godzinę zaglądałam za fotele, pod łóżko, jednocześnie chcąc zobaczyć COŚ, a równocześnie – nie chcąc. Pół nocy miotałam się po tym pokoju, nie mogąc się uspokoić, serce nadal waliło mi jak oszalałe. W pewnym momencie… nadepnęłam na coś.

   Coś pod dywanem.

   Podniosłam go i ujrzałam… sznurek. Zaraz, sznurek?!

   Przywiązany do foteli i do lampy…

   Łukasz zaczął się śmiać. To wszystko była jego sprawka! Jezu, no myślałam, że go zamorduję! Nigdy w życiu się tak nie bałam, a on się trząsł ze śmiechu! Nie dość, że poruszał meblami, to jeszcze zatroszczył się o brak prądu w stosownym momencie. Korki były przymocowane nitką do takiego staromodnego budzika, dzięki czemu światło zgasło dokładnie o północy…

   Mimo świadomości, że to nie duchy grasowały po pokoju, nadal byłam zdenerwowana. Zupełnie, jakby mi coś w mózgu się przestawiło na strach. Nie wiem, może to ta adrenalina.

   Następnego dnia miałam pomalować podłogę w jednym z pokoi w pensjonacie. Oczywiście – jakże by inaczej – byłam sama w domu. Powtarzałam sobie, że wczorajsze wydarzenia to tylko głupi kawał Łukasza i już niemal się uspokoiłam. Siedzę na podłodze obok wiaderka z farbą i maluję. Nagle kątem oka… dosłownie kącikiem… dostrzegłam jakiś ruch. Błyskawicznie się odwróciłam. Na jednym z łóżek kołdra falowała w dziwaczny sposób… Krzyknęłam i uciekłam, przy okazji wywracając farbę. Zatrzymałam się dopiero na korytarzu. Spokojnie, myślę sobie. Jestem sama w domu, to na pewno nie jest kolejny żart. Spokojnie.

   W końcu powoli, niemal się skradając, wróciłam. Kołdra cały czas się poruszała. Chwyciłam za jej skrawek i nagłym ruchem odrzuciłam.

   Na łóżku leżała kotka rodząca kocięta.

   Ufff…

   Wyszłam na dwór, do rodziców Łukasza, aby im opowiedzieć moją wstrząsającą historię. Rzecz jasna, stopniowo budując napięcie.

   - Podchodzę do łóżka, chwytam kołdrę…

   Byli równie przejęci co ja… w ich oczach widziałam pytanie: „i co, i co?!”

   - A tam tylko kotka się koci.

   - COOOOOO?!!! – krzyknęła mama Łukasza i poleciała ratować gościnne łóżko, zanim kotka zabrudzi juchą całą pościel.

 

   * * *

 

   Bardzo żałuję, że nie umiem oddać wiernie narracji Mileny, która chyba nie zdaje sobie sprawy, jak dobrym jest „opowiadaczem”. No cóż, nie pozostaje wam nic innego, jak wprosić się do Mileny na piwko (a najlepiej nabyć dla niej jedno czy dwa) i wysłuchać tego osobiście. :)

   Chciałabym również zauważyć, że to nie jedyna straszna historia w jej repertuarze, wystarczy wspomnieć morderstwo pana Puzzla oraz nożownika z Bielaw… czyżby niedługo krwawe tajemnice miały jej spowszednieć?


fraziu 2010-09-20 13:32:27
skomentuj (4)


Henry on the phone

   Zacznę od banału: daaawno nie pisałam (banały są banalne dlatego, iż są prawdziwe i oczywiste). Ale ponieważ Asia mnie zaatakowała, wymusiła, zagroziła i zaszantażowała, zostanie nagrodzona notką. Czasami potrzeba mi trochę motywacji... zewnętrznej motywacji. Upierdliwej motywacji, piszącej do mnie na czacie facebooka. (Tak, pozdrowiania dla Asi K. ;))
   A teraz przechodzimy do zwyczajowej - ale nie zwyczajnej - treści fraziu.blog.pl.

   Wraz z Heniem idziemy zmierzamy ku księgarni na Starym Rynku. Nie, żebyśmy miały pieniądze na książki, ale zawsze można poprzeglądac komiksy. Wtem Heniowi przypomina się o Krystianie.
- O, właśnie, miałam ci opowiedziec o Krystianie.
- No? - nie mam pojęcia, o kogo chodzi, ale udaję zorientowaną.
- Ostatnio kąpałam się i nagle zadzwonił telegon. No to wyszłam spod prysznica i odebrałam. Odezwał się jakiś koleś.
   "- Cześc, jest tam Krystian?"
   "- Nie, nie ma go tutaj."
   "- Ojej... a wiesz, gdzie może byc?"
   "- Nie mam pojęcia. A co, nie odbiera?"
   "- No, nie mogę się do niego dodzwonic."
   "- Może śpi? W końcu jest sobota..."
   "- Nieee, obudziłby się, na pewno."
   "- No to może gdzieś wyjechał na weekend? Gdzieś, gdzie nie ma zasięgu?"

- I tak dalej gadamy o tym Krystianie i staram się mu pomóc, wymyślam różne powody... aż w końcu gośc stwierdza:
   "- Wiesz co, po prostu daj znac, jak go spotkasz. Powiedz mu, że dzwoniłem."
   "- Ale ja go nie znam."
   "- Coo?!"
   "- To pomyłka, nie znam żadnego Krystiana..."

   Heniu zawsze stara się byc pomocny. A może rzeczywiście tajemniczy Krystian wyjechał na weekend na ryby gdzieś w Puszczy Noteckiej? Poza tym, jak już wyszła spod tego prysznica, to musiała chociaż chwilę pogadac. :D

   A jak spotka jakiegoś Krystiana, to na wszelki wypadek oddzwoni i da znac. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Blanka:)))
 
   


fraziu 2010-08-04 15:04:00
skomentuj (3)


Wyjątki z notatek mechanizacyjnych

Fragmenty notatek z wykładu z mechanizacji.

"Zaprojektowanie silosu to nie jest ot tak, jak puszczenie bąka."

(Na ekranie pokazuje się zdjęcie świni z obrożą z transporderem na szyi)
"O, a tu mamy taką blond pannę... niczym panna młoda w noc poślubną, naga, jedynie z medalikiem od teściowej na szyi..."

"Karmienie kiszonkami jest praktyczne, gdyż się nie psują. Również ludzie używają kiszonych produktów, na przykład żurek. Każdy lubi żurek po zachlaniu..."

"Jeśli krowy są piękniejsze od kobiet, to znaczy, że jesteśmy w Holandii... przynajmniej tak twierdzą Belgowie."

"Piotr Wielki rozpił naród rosyjski. Wprowadził nakaz spożywania alkoholu w Rosji, aby mieć przychody z jego sprzedaży. Wtedy to wódka na stałe wpisała się w rosyjskie DNA."

"Krowa wtranżoli 50 kilo na dzień, słoń wpieprzy 150 kilo. Jeśli kiedyś pojedziecie do Indii, przyjrzyjcie się, ile taki słoń potrafi wpieprzyć."


Tak, notowałam słowo w słowo to, co mówił profesor... XD


fraziu 2009-11-10 17:30:11
skomentuj (3)


Krótko, bo krótko, ale zawsze coś.

   Źródło: Zocha:)

   Pierwszy wykład w uczelnianym życiu pierwszorocznych studentów. Zestresowani, siedzą na auli i słuchają wykładowcy.
- Na początek coś prostego, podstawowe rzeczy - mówi profesor i oczom młodziaków ukazuje się slajd zatytułowany "Wzór Matercarda", a pod spodem wzór na, bagatela, cztery linijki.
   Studenci zamarli...
   Profersor popatrzył po sali i rzekł usatysfakcjonowany:
- Napisanie tego wzoru w Power Poincie zajęło mi dużo czasu... ale widok waszych min: bezcenny. :D



fraziu 2009-10-18 19:32:37
skomentuj (1)


Psychotest prawdę ci powie

Zmęczone zakupami i zmarznięte po wizycie w Zarze, udajemy się z Zochą na kawę. No i takie tam pogaduszki się odbywają...

- Wiesz co, załóż sobie facebooka... fajne jest - zachęca mnie siostra.
- Tak? A co tam się robi?
- Nooo... możesz takie różne testy robić... na przykład, jaką postacią z kreskówki jesteś.
- I co ci wyszło? Dee Dee, ta od Dextera?
- Nie... Tweety.

Pochyla się do mnie i scisza głos.
- I zrobiłam sobie jeszcze test "jaką szmatą jesteś?".
- Lol!
- Kumplowi wyszło coś takiego: "jesteś super-szmatą, z włóknami z mikrofibry!" A mi - mówi jeszcze ciszej i taka trochę smutno-zawstydzona - wyszło, że jestem zwykłą, szarą szmatą.

Biedna Zocha...

Zauważyliście reklamy po prawej? Dziwna sprawa, nie? Google mówi, że ich treść jest dobierana według zawartości bloga i stron przeglądanych przez użytkownika. Rozumiem "Atrakcyjne kobiety" (to oczywiście przez to, że opisuję mnie i moje przyjaciółki), rozumiem "Biustonosze dla karmiących" (notka o Aśce i Grzesiu na zakupach przedporodowych;)), no ale żeby "Sekrety Swawolenia p Dlaczego nie uprawiamy seksu jak zwierzęta?"... I nie wmówicie mi, że to z historii mojej przeglądarki, o nie! :D

edit:
Mówię do Zochy:
- Idź zobacz. Jesteś w notce.
- Tak? A co zrobiłam?
Patrzę na nią niewinnie - niech się sama domyśli?
- O mojej książce napisałaś?
- O właśnie! - zawołałam i przybiegłam tutaj, coś dopisać ;)

Zakupy trwają i jesteśmy w empiku, gdzie ćwiczę swoją silną wolę i nie kupuję książek. Patrzę sobie na fantastykę, a Zocha mówi:
- Pójdę do przewodników zobaczyć, może mają coś w stylu "agroturystyka w powiecie poznańskim"?
- Taaa, na pewno... nie będzie, dopóki TY nie napiszesz. I możesz zatytułować "Blondynka wśród agroturystyki"... Nie, nie, "Blondynka na farmie" będzie lepsze!
- Albo "Blondynka na gospodarstwie", swojsko... I zrobisz mi zdjęcie na okładkę, jak doję krowę!
- Ok! :D

Pozdrowienia dla Araii, która zostawia mi nocne monologii na moją poranną lekturę:)


fraziu 2009-07-31 17:21:50
skomentuj (3)


Mix rzeczy różnych a śmiesznych niepomiernie

Oczywiście, moi ludzie ciągle dostarczają mi rozrywki:) Na początek znowu o Milenie:)

Milena wysiada z pociągu na jakimś zadupiu. Wszyscy inni pasażerowie kulturalnie idą podziemnym przejściem, a Milenka-anarchistka hyc, hyc, przez tory. Nagle słyszy:
- Przepraszam panią, proszę tu podejść!
Był to głos policjanta, który wraz z kolegą patrolował okolice dworca. Nie mając wyjścia, przyłapana na gorącym uczynku Milena podeszła do nich.
- Czy wie pani, że za przechodzenie przez tory w niedozwolonym miejscu grzywna wynosi 500 złotych? Dlaczego nie poszła pani przejściem?
- Bo ja mam KLAUSTROFOBIĘ - wypaliła Milena.
Panów policjantów zatkało.
- Czyli co?
- Boję się zamkniętych przestrzeni - wytłumaczyła.
- Hmmm... a ma pani na to jakieś papiery?
- No przecież nie...
Puścili ją bez mandatu:)

Biesiada u Zochy trwa:) W dyskusji trwał aktualnie dość niesmaczny wątek z cyklu rozmów kulinarnych, a mianowicie jakie dziwne rzeczy można znaleźć w jedzeniu. (Heniu i ja ze stołówkowymi opowieściami miałyśmy najwięcej do powiedzenia).
- A Zocha znalazła raz robaka w czekoladzie! - powiedziałam.
- Wooow... - powiedziała przyjaciółka Zochy z liceum, Marta.
- Noo! - Zocha, słysząc własną historię z mych ust, postanowiła się wtrącić. - Ta czekolada była już otwarta jakiś czas, no ale była ładnie zawinięta w papierek i leżała w szufladzie. A mi się tak chciało czekolady! I biorę tamtą, chcę ułamać kawałek, a ona jakaś taka... rozmiękczona...
- Fuuu....
- Patrzę, a tam ROBAK! Taka biała glistka!
- Błe! Pewnie ogłuszyłaś go ultradźwiękami? Biedaczek - wykazała współczucie Marta.
- Ej, a może to znaczyło, że coś WYGRAŁAŚ? - zasugerował Heniu. - Może to był Orzechowy Czekoludek? I miał ci powiedzieć co dalej z wygraną, ale ty go ogłuszyłaś... XD
Popłakałam się... XD

U Henia w stajni. Na padoku jeżdżą dwie początkujące dziewczyny. Jedna z nich skarży się:
- Wiesz co, bo mnie tu coś w siodle uwiera...
- Nie marudź! Bo ci amputujemy nogę! - zagroziłam.
- Dziś robią takie ładne protezy, nawet lepsze niż naturalne nogi - pocieszył ją Heniu.
Dziewczyna wykazała się nadzwyczajnym optymizmem.
- A to nawet fajnie - powiedziała. - Protezy nie będę musiała golić... XD

Marta opowiada o swojej wycieczce do Czech, między innymi do ogrodu zoologicznego (bo trzeba zbadać, co ma konkurencja :)).
- No bo ja mam takiego pecha do aparatów i nigdy nie mam żadnych zdjęć. Jak jeszcze miałam zwykły aparat, to z reguły prześwietlałam kliszę. To myślę sobie: mam cyfrówkę, nie ma bata... Będą zdjęcia! Dojeżdżamy do zoo, wchodzimy do pawilonu z lwami. Wyciągam aparat i okazuje się, że baterie się wyczerpały. Wyciągam telefon - pik pik, naładuj baterię. Na szczęście stał tam automat z napojami... "Paweł" - mówię - "jesteś elektryk, skocz no za ten automat i poodłączaj kabelki". Tak więc staliśmy pół godziny i oglądaliśmy lwy, a mój aparat się ładował. :) A potem poszliśmy na to safari, ale co to tam za safari: bydło - zebra - koza - bydło - zebra - koza - koniec. I jeszcze tam parasolkę zostawiłam i oczywiście musiałam się potem wracać. Ale fajnie się jechało, takim piętrowym busikiem, fajna sprawa. No, ale za krótko.
- To my też możemy takie coś zrobić, weźmiesz melexa i będziesz ludzi wozić po wybiegu z zebu i kozami. :)

To wszystko na dziś. No, to do przeczytania:)


edit:
Zocha mówi, że czekolada nie była "rozmięknięta", tylko "SPRÓCHNIAŁA".




fraziu 2009-05-20 17:20:48
skomentuj (1)


666

Jemy sobie obiad.
- Ostatnio czytałem, że urządzili bibilijny maraton - oznajmia Tata.
- Ale w sensie, że bieg? Czy czytanie? - pyta Zocha.
- Czytanie... w różnych kościołach po kolei czytają biblię... niezłe zajęcie...
- A skąd o tym wiesz? - zapytała Mama.
- Nooo, ee... w internecie przeczytałem...
- Ty w tym internecie dziwne rzeczy czytasz!
- No bo była dyskusja i włączyłem się do niej... - mówi Tata.
Wszystkie spojrzałyśmy zdziwione.
- I podpisalem się "Szatan"... hi, hi, hi...

Przy stole zapanował LOL, prychnęłam ryżem i pobiegłam z talerzem do zlewu.
- Idę to wrzucić na bloga! - krzyknęłam.

I stało się... :)


fraziu 2009-03-14 15:38:39
skomentuj (3)


Milena jedzie autem.

Sesja mi się skończyła i nie muszę uciekać się do tak ostatecznych metod unikania nauki, jak pisanie notek. Ale Ania pisze, że dziś Dzień Pisarzy, także w ramach tego święta coś stworzę. Jest również Dzień Pierwiastka Kwadratowego, ale ani Ania, ani ja nie wiemy, jak to świętować;)

      Milena u mnie była. Co z tego wynika: w moim radiu kręci się płyta  Analogsów i przybyło mi materiału opowieściowego do obróbki.

      Milena pracowała w Łebie, a mieszkała w odległości kilkunastu kilometrów. Między rzeczonymi lokalizacjami mieści się teren zalesiony i polny, raczej z rzadka uczęszczany, także Milena postanowiła zaryzykować jazdę samochodem bez prawka. Wsiadła w cinkusia i jedzie przez las. Dotarła bezpiecznie niemal do przedmieść Łeby i wtem z przeciwka nadjechał nieodpowiedzialny kierowca! Nie zważając na gabaryty swego auta i ostry zakręt, ściął go niczym rajdowiec!

      Przestraszona Milena skręciła w bok, na pobocze i jakieś krzaczory. Zatrzymała się, rotrzęsiona. Ochłonęła i postanowiła jechać dalej. Włączyła silnik, wrzuca jedynkę i gazuje…

   BRRRRUM BRRRRUM BRUMMMM…

      Mimo wysiłku, autko stało w miejscu. Milena wysiadła zbadać sprawę.

      Chociaż z perspektywy drogi pobocze wydawało się dość równe, tak naprawdę było specjalną pułapką na nieostrożne cinkusie. Podwozie oparło się o górkę, idealnie przeznaczoną do tego celu, a koła zawisły w powietrzu. Pchanie nic nie pomogło.

      Milena już pogodziła się z utknięciem auta i pójściem do pracy pieszo, gdy wtem! Pojawili się rycerze na białych koniach. A konkretnie, panowie z budowy w minibusie. Nasza bohaterka zaczęła rozpaczliwie nawoływać i machać rękoma, a że damie w potrzebie odmówić nie można, zatrzymali się.

- My pani to autko wypchniemy – powiedzieli. – Ma pani linę?

      Milena nie wiedziała, czy ma linę, bo samochód został nabyty zaledwie kilka dni temu i nie zaprzyjaźniła się z nim w tak znaczącym stopniu, aby poznać jego wnętrze. Linka znalazła się jednak w bagażniku i przystąpiono do operacji „uwolnić cinkusia”. Misją Mileny było siedzieć za kierownicą i kręcić, nic nie tykać. No i transit ciągnie samochód, sytuację nadzoruje jeden z tych pomocnych panów i daje znaki kierowcy busa. Nasza bohaterka, aby wydostać się z pułapki, musiała wykonać bardzo gwałtowny skręt i kierownica zablokowała się, ponieważ nie było kluczyków w stacyjce.

      I tak autko, mimo iż Milena naciskała hamulec z całej siły, zostało brutalnie przeciągnięte na drugą stronę… i utknęło na kolejnym poboczu, a po drodze linka holownicza skosiła biednego pana, który upadł i w panice odpełznął na pobocze! :D

      Po zwiedzeniu i empirycznym poznaniu roślinności drugiego pobocza, Milenie udało się wrócić na drogę, a nawet bez dalszych przygód dojechać do pracy. Martwiła się jedynie rysą na samochodzie, ciągnącą się konsekwentnie przez bok samochodu od bagażnika po maskę. Ale co tam, wmówi się Łukaszowi, że taki już samochód kupił.

      I prawie obyłoby się bez wpadki, gdyby nie… lina holownicza i czapka jednego z kolesi, które zostały na tylnym siedzeniu. Taki sprzęt wzbudził podejrzenia życiowego towarzysza Mileny i wywołał różne wątpliwości… :)

 

      I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą notkę i obchody Dnia Pisarzy. :)

 

 


fraziu 2009-03-03 22:03:56
skomentuj (1)


...bo miałam o tym nie pisać!

Rozmowa u mnie przy kawce.
- Ja tak od tej sesji przytyłam! - żali się Heniu. - Ciągle tylko czekoladę jem i jem...
- No tak, albo od myslenia przytyłaś - mówi Martek. Na co Heniu:
- Słyszysz, Ągil? Od dziś nie mów do mnie "pączuszku", tylko "myślicielu" :)


Jasiu:  (00:04) 
tu jest pyt
Jasiu:  (00:04) 
macica zwierzat domowch
Jasiu:  (00:04) 
co ja mam tu napisac
Fraziu:  (00:05) 
no jak to co, wszystko o macicy
Jasiu:  (00:05) 
aha
Jasiu:  (00:05) 
okok

po chwili:

Fraziu:  (00:06) 
AHA!
Fraziu:  (00:06) 
ale macicy człowieka nie opisuj
Jasiu:  (00:06) 
robi sie:D

Ściąga by Jasiu i Ania może nie nadawać się do użytku, więc na wszelki wypadek się uczę dalej, aż dorównam KRÓLICZKOWI ANATOMICZNEMU - mówi wszystko bez zaczerpnięcia oddechu!


fraziu 2009-02-04 00:19:27
skomentuj (3)


Trzeba się uczyć, więc będę pisać notki i już

Wbrew oczekiwaniom, dzisiejszy odcinek sponsoruje Tata, bo Zocha zaniemogła, leży w łóżku i ogląda Włatców Móch (moim zdaniem, przyczyną jej choroby jest tzw. odmóżdżenie). Ogólnie to została pokarana, bo poszła do lekarza i załatwiła sobie lewe L4, które się właśnie ulegalniło. Tak więc życzymy siostrze zdrowia, coby mogła dostąpić zaszczytu wystąpienia w mej blogowej telenoweli.

   Chora Zocha snuje się po domu w piżamie. Mama mówi do Taty:
- Przynieś Zosi szlafrok z łazienki. Taki niebieski, gładki, bez wzorków.
Tata poszedł. Wrócił.
Z niebieskim szlafrokiem w baranki.
- To jest GŁADKI szlafrok?!
- No a nie? - zdziwił się Tata.
- A nie widzisz tych baranków? (Które mają ponad 10 cm średnicy i są wszędzie?)
- To są baranki? Myślałem, że wzorki są jakieś większe... Przecież jest gładki i niebieski...
  Dobrze, że nie przyniósł białego w kwiatki. Bo chyba bym już całkiem zwątpiła...

  Trwa rekrutacja nowych pracownic. Słyszę fragment rozmowy. Mama wkurza się:
- Ta nie, bo za gruba! Ta nie, bo za chuda! Ta nie, bo się jej boisz!
Zaintrygowało mnie to.
- Kto się kogo boi?
- Bo przyszła taka wielka baba i tata powiedział, że nie mogę jej zatrudnić, bo on się jej boi!
   Duże jest złe!

OMG, Zocha jednak załapie się na notkę. Właśnie przyszła (wciąż w szlafroku w baranki) i mówi:
- Nie myślisz, że Niuniek ma coś z Czesia?
- Co?
- Łapie muchy ^^


I na koniec bardzo aktualny  KRÓLICZEK BOTANICZNY


fraziu 2009-02-02 21:48:24
skomentuj (4)


Trzeba zmienić tą najnowszą notkę, bo inaczej wiosna nigdy nie przyjdzie

   Trzeba przytoczyć jakieś anegdotki z życia, bo inaczej o nich zapomnę... Poza tym tamta notka jest nieaktualna, już dawno nie mamy choinki. Tata odcinał po kawałku, jak Mama nie patrzyła, i wrzucał do kominka. Czekał na to od momentu, gdy drzewko zjawiło się w domu.

   Chodzę sobie po kuchni w celu bliżej nieokreślonym, acz raczej spożywczym. Wyglądam również przez okno.
- Maaaaaaaamaaaaaa! Jacyś ludzie stoją pod naszym oknem!
- DZIECKO, ODEJDŹ OD TEGO OKNA, KOLĘDA PRZYSZŁA! Zapaliłaś światło?! Czyś ty zgłupiała?!!

   A teraz część pt. "Heniu to wcielenie subtelności".
   Wybrałyśmy się jak zwykle "na kawkę", co kończy się (jak zwykle) łażeniem po sklepach. Dotarłyśmy już do niemal do końca ul. Półwiejskiej i łazimy po H&M.
- Bo te kamizelki są fajne. Ale ja nie wiem. - mówię.
- Weź przymierz szybko - doradza Heniu.
   Narzucam na siebie rzeczony ciuch i zerkam w lustro. Heniu z sąsiedztwa lustra przygląda się temu zdarzeniu. Nagle...
   Na scenę wkracza BABA.
   Wpycha się w wąskie przejście koło Henia, który uprzejmie ją przepuszcza. A ta staje bezczelnie w i tak małej przestrzeni między mną a lustrem, skutecznie zasłaniając widok.
   Na takie zachowanie szczęka mi opadła, z opadniętą szczęką, zza baby wyglądam na Henia. Heniu ma taką samą minę, ale szybko opanował swoje zdziwienie... I jak się nie wepchnie między babę a lustro! I jak nie zacznie sobie czegoś na nosie oglądać... Akcja była błyskawiczna i skuteczna, baba se poszła.
   A ja kamizelki nie kupiłam.

   Wigilia internacka. (Tak, tak, byłyśmy ale "przyjechałyśmy się tylko najeść", czego nie omieszkałam powiedzieć pani Kierownik). Tłum w przejściu, zamieszanie, chaos ogólny. W tym chaosie porusza się patykowata postać pana G. od religii. Ruchy z pozoru mogą wydawać się bezcelowe, ale tak naprawdę to misja poszukiwawcza (czy może raczej pogoń) za dzieciątkiem pana G.
- Hm, hm - mruczy ni to pod nosem, ni to do Henia i mnie - Hmmmm, gdzieś tu jest mój bąk, gdzie on jest? Hm... - i oddalił się.
- Trzeba było go nie puszczać - poradził Heniu.

   Zbieramy się już do wyjścia i żegnamy z gronem pedagogicznym zakładu karne.... eee, internatu. Pani Kierownik jak zwykle rozwodzi się nad wszystkim i wszystkimi:
- Oj dziewczyny, nie spodziewałam się, że przyjedziecie... że Żwirek przyjedzie, to wiedziałam; że Natalka przyjedzie, to wiedziałam... Ale że wy? No powiedzcie dziewczynki, coś wam z tego internatu zostało, prawda? Helenko?
  Zwróciła się z tym pytaniem do złej osoby.
- Tak - odparł Heniu. - Budzę się przerażona w nocy...

Tak więc, dzisiejszy odcinek sponsoruje Heniu.

Fraziu:  (21:59) 
ja pisze notkę o tobie XD
Fraziu:  (21:59) 
na blogu zaraz będzie
Heniu:  (22:00) 
OMG piszesz o mojej OTYŁOŚCI!?!<ZŁY>

Nie, nie piszę :) Nie martw się, jak rozciągniesz koszulę Daniela, to będzie ją miał na stare lata, jak się roztyje od piwa i leżenia na kanapie, i oglądania MTV.

NO I OCZYWIŚCIE OBOWIĄZKOWO KRÓLICZEK




P.S. Następny odcinek sponsoruje Zocha. Kto nie może się doczekać? XD


fraziu 2009-02-01 22:13:21
skomentuj (4)


Święta sręta!

- Dla Zosi to ciężko kupić prezent, nic nie zbiera, kubków nie lubi, mało czyta... Ciuchy sobie sama kupuje... A na przykład z Mają nie miałam takiego problemu! Od razu widziałam, co jej kupić... i na pewno bardzo ci się spodoba! Nie mogę się doczekać, kiedy to zobaczysz! Na bank trafiłam z prezentem! - cieszy się Mama.
Mama się cieszy, a ja się tego prezentu BOJĘ...

Najwięcej radochy z choinki mają Tata i kot, bawią się łańcuchami i bombkami ku zgrozie Mamy.


Korzystając z tej rzadkiej ostatnio okazji, że się tu wypowiadam, życzę wszystkim wesołych świąt i oby przyszły rok był lepszy niż ten;]



fraziu 2008-12-21 12:02:01
skomentuj (2)


Tajemnica

    (Nie wiem, czy to śmieszne. Ale po prostu MUSZĘ XD)   

    Nie wszyscy wiedzą, że Heniu i Marta noszą w swych sercach mroczną, odrażającą tajemnicę... którą niedawno mi wyjawiły. Po trzech latach mej niewiedzy i niepewności, tym bardziej, że byłam ten niewiedzy świadoma i była ta wiedza o niewiedzy bardzo upierdliwa.

  Trzy lata temu to było. Pewnego wrześniowego dnia szkolnego Heniu i Marta wparowują do szatni z wyrazem totalnego niesmaku na twarzach, krzycząc od progu:
- Szybko! Dajcie nam coś do picia! O, fuuj!
- Bleee!
  Nie da się takiej miny zrobić na zawołanie, mimo naprawdę wyćwiczonych mięśni mimicznych (Marta umie poruszać jednocześnie górną wargą w lewą stronę, a dolną w prawą! Cóż za koordynacja!) i nigdy nie widziałam takich paszcz ponownie. Bardzo byłam ciekawa, co też wywołało takie wrażenia kulinarne.
- Co wy zjadłyście? - zapytałam. Jedyną odpowiedzą były dalsze grymasy i jęki z rodzaju "bleeee", "fuj", "łeeeee". W końcu Heniu rzekł:
- No idziemy sobie ulicą, a tu mięso leży, głodne byłyśmy to zjadłyśmy...
- Cooo?
- Leżało no...
- Ale co?
- Mięsooo...
Innej odpowiedzi nie uzyskałam. Dla nierozumiejących - bo tacy się też znaleźli - Heniu żartował XD Obstawiałam różne warianty, nadgryzienie zepsutego jabłka, wypicie sfermentowanego soku... nie miałam pojęcia, jak daleka byłam od prawdy!

 Trzy lata później...

 W poniedziałek piekłyśmy z Martą pierniczki. Podczas tego kulinarnego procesu Marta znowu zrobiła dziwną minę... zapytałam:
- A co wy WTEDY zjadłyście?
   Nie musiałam tłumaczyć, o jakie WTEDY chodziło, bo Marta od razu zwinęła się ze śmiechu.
- Poszłyśmy z Heniem i Bartkiem na fajkę za wiatę... i powiedziałam Bartkowi, że jestem głodna. No to Bartek, bo to dobry człowiek, wyciągnął kanapkę i mi dał... a ona była taka niedobra... chyba musiał ją z tydzień nosić... No i ugryzłam taki mały kęsek i mi się taka twarz zrobiła (tutaj demonstracja, niemozliwa do opisania), więc podaję Heniowi i mówię: masz gryza... I jadłyśmy ją takimi małymi kęskami, bo nam było głupio wyrzucić, a jak Bartek poszedł to szybko ją wywaliłyśmy... :D

Padłam XD

 


fraziu 2008-12-10 17:51:11
skomentuj (4)




2011
kwiecień
2010
listopad
wrzesień
sierpień
2009
listopad
październik
lipiec
maj
marzec
luty
2008
grudzień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
szablon ukradziony stąd


Immobilien Dragensdorf